BlogDzieciPodróżePolecamy

Hiszpania- wakacje z dzieckiem, cz. 3, maj 2015

Pierwszy lot samolotem  z dzieckiem na kolanach nie był do końca taki okropny. Iwo pokazał nam swoją towarzyską stronę natury i pełzał po całym pokładzie zapoznając się z współtowarzyszami podróży. Swoim zachowaniem rozbawiał pasażerów wślizgując się pod siedzenia i wyskakując niczym Filip z konopii pomiędzy nogami innych ludzi. Dla nas było to wybawienie-  mogliśmy choć na chwilę odetchnąć i ściągnąć go z naszych kolan.

I tak już po prawie 4 godzinach lotu szczęśliwie wylądowaliśmy w Alicante.

Hiszpania na własną rękę

Bardzo sprawnie odebraliśmy nasze bagaże giganty i ruszyliśmy po samochód. Pół godziny później sunęliśmy „ naszym ” nowym czerwonym Quashqaiem do Denii we wschodniej Hiszpanii. Iwo po emocjach związanych z pierwszym lotem szczęśliwie zasnął, co znacznie ułatwiło nam transport.

Godzinę później zameldowaliśmy się pod wskazanym adresem w Denii. Co  prawda nie przywitała nas Yolanda, ale jej znajoma, która zaprezentowała nam apartament i przekazała klucze.

Jak się później okazało Yolanda na stałe mieszka w Madrycie oddalonym o  ponad 500 km od Denii. Trudno więc było się spodziewać orszaku powitalnego z jej strony.

Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze była pod telefonem i służyła nam pomocą, a ta się jednak przydała. Opowiem Wam o pewnym nieprzyjemnym zdarzeniu z połowy naszego urlopu.

Hiszpańscy fachowcy

Pewnego pięknego dnia okazało się, że nie mamy ciepłej wody. Dlaczego?. Mariusz jako inżynier wstępnie zdiagnozował, że to wina termy, która nie podgrzewa wody. Natychmiast zadzwoniliśmy do Yolandy, która obiecała jak najszybciej rozwiązać problem. Dla nas główny kłopot stanowiły kąpiele, nie tyle nasze, ile Iwo. Oczywiście mogliśmy kombinować, grzać wodę jak to robiły nasze babcie, ale zapłaciliśmy za względny komfort i tego oczekiwaliśmy.

Sprawa jednak okazała się dużo trudniejsza niż sądziliśmy. Otóż był piątek, a piątek jest przed sobotą, a sobota to ” święty ” wolny weekend. Nikt nawet za podwójną stawkę, pomimo wysiłków Yolandy nie chciał podjąć zlecenia.

Pamiętajcie, że Hiszpanie to południowcy, którzy nader wszystko cenią sobie wolne. Będąc stałym bywalcem w Hiszpanii niczego innego się nie spodziewałam, ale Miś był oburzony ich podejściem do pracy. Ale to i tak było nic.

JUŻ w poniedziałek zjawili się fachowcy- sztuk 2. Burzliwą naradę poprzedziła wizja lokalna, która trwała dosyć długo. Wreszcie zapadła ostateczna decyzja o demontażu termy i jej wymianie na nową. Jak się domyślacie, terma wypełniona była po brzegi wodą ( ok.100 litrów wody ). Sądziliśmy , że panowie jakoś spuszczą tę wodę, ale nie zrobili tego. Zuchwale odkręcili termę i taką cieknącą wodną cysternę nieśli 2 piętra w dół. Jak ją zapakowali do samochodu i wywieźli tego nieśmiałam podpatrzeć. Cała operacja zajęła im sporo czasu. Zalali klatkę schodową, lecz to nie popsuło im wybornych humorów. Po kilku godzinach wyraźnie zadowoleni z siebie wrócili z nowiutką termą. Po kolejnej godzinie pracy dumnie oznajmili nam, że wszystko działa i pożegnali się.

Fuszerka

Mariusz jak na inżyniera przystało zbadał ponownie temat i nie wierzył własnym oczom. Otóż terma wisiała na dziwnych pogiętych niedokręconych zaczepach- zupełna prowizorka. Zastanawiał się jak można w taki sposób zakończyć swoją pracę. W Polsce taka sytuacja jest nie do pomyślenia.

Postanowiliśmy przestać zajmować się termą i nie psuć sobie szampańskich wakacyjnych nastrojów, a wiszący bubel omijać szerokim łukiem.